Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   57
                               

Piotr "Pidu" Wierzbicki




To był dzień, który zadecydował o całej mojej obecnej... egzystencji. Inaczej tego nie mogę nazwać, to chyba jedyne trafne określenie...
Tony Grage, nasz szkolny osiłek, zawsze był na mnie cięty. Prześladował mnie, straszył, pewnego razu ukradł mi rower. Nic więc dziwnego, że za każdym razem, gdy go widziałem, starałem się być jak najdalej. Przechodziłem na drugą stronę chodnika, zawracałem na szkolnym korytarzu, gdy tylko widziałem, że idzie w moim kierunku. Utrudniał mi moje życie jak tylko mógł. Po którymś kolejnym jego numerze, poprzysięgłem sobie, że kiedyś...
Od tamtej pory minęły dwa lata. Podjechałem swoim chevrolettem pod szkołę. Ruszyłem pewnym krokiem w stronę wejścia i nagle usłyszałem huk i odgłos tłuczonego szkła. Nie musiałem się odwracać, aby wiedzieć, co się stało. Tony swoim pickupem rozwalił cały tył mojego wozu, wysiadł z szyderczym uśmiechem na twarzy.
- Widzę, Collins, że ci się lampka stłukła.
Tego już było za wiele! Rzuciłem się na niego, powaliłem na ziemię. Zupełnie stracił orientację - zakompleksiony, zamknięty w sobie mizerak zadarł z osobą, która budziła respekt - nie tyle swoją pozycją społeczną, co raczej budową ciała. Chwyciłem go za szyję coraz mocniej zaciskając ręce. Widziałem jak jego twarz robi się czerwona.
- Pozbędę się ciebie raz na zawsze bydlaku!
W pewnej chwili poczułem mocne szarpnięcie do tyłu. Teraz ja byłem zdezorientowany. Podniosłem wzrok do góry i napotkałem na znajomą twarz - Jon - nasz szkolny ochroniarz. No to super... - pomyślałem.
- Zabiję cię, Grage. Wyślę cię do piachu!
- Tego samego dnia dotrzemy do Wrót Ciemności palancie, obiecuję ci to! Będę cię męczył nawet po śmierci!
Jon zacisnął ręce na mojej klatce piersiowej.
- Spokojnie, panowie, widzę, że trzeba was trochę ostudzić.
Zaprowadził nas, dwóch rozwścieczonych małolatów gotowych w każdej chwili skoczyć sobie do gardeł, prosto do gabinetu dyrektora. Zostałem wydalony ze szkoły, Tony wniósł na policję oskarżenie o napaść... ale nie żałuję, tego, co zrobiłem. Pokazałem wszystkim, że jeden mięśniak nie może wszystkiego... Że nawet byle kto (ach, te moje ówczesne mniemanie o sobie) może wiele.
Od tamtych wydarzeń minęło sporo czasu, chyba prawie 15 lat. Tony Grage został wybrany burmistrzem naszego miasteczka, a ja? Cóż, ledwie wiązałem koniec z końcem jako właściciel miejscowego sklepiku.
Jak co dzień rano pierwsza rzecz, którą zrobiłem - nie licząc podniesienia się z łóżka i ubrania - to było wyjście przed dom po dzisiejszą gazetę. Będąc dzieckiem często zastanawiałem się, skąd się biorą te ruloniki zapisane literkami przed domem. Moja mama mówiła wtedy, że w nocy przychodzą skrzaty, i zostawiają przed domem świeży numer brukowca. Pewnej nocy postanowiłem zaczaić się na te dziwaczne stworki. Wziąłem koc i usiadłem na krześle przy oknie. Około północy zasnąłem. Gdy się obudziłem była godzina 5 rano. Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem chłopaka, który rzuca z roweru brukowcem prosto pod drzwi mojego domu. To była dla mnie istna katastrofa. Cały mój dziecięcy świat runął w gruzach.
Wyszedłem przed dom. Pogoda była piękna - żar lał się z nieba, ptaki wesoło ćwierkały, nawet pies sąsiada na mnie nie szczekał. To będzie udany dzień! - pomyślałem. Z gazetą w ręku wróciłem do domu, zrobiłem sobie kawę i zabrałem się do lektury. Prawie się zakrztusiłem łykiem gorącego napoju, gdy spojrzałem na nagłówek z pierwszej strony:
„Burmistrz Sunderlay, Tony Grage zginął dzisiejszej nocy w wypadku samochodowym”
Dobre 10 minut wpatrywałem się w te litery, po czym zacząłem czytać dalszy ciąg artykułu.
„Dzisiejszej nocy zginął burmistrz Sunderlay, osoba ciesząca się powszechną sympatią i uznaniem w naszym mieście. Krążą pogłoski, że mogło to być morderstwo, jednak policja zaprzecza tym domniemaniom...”
Dobrze tak skurwysynowi! - pomyślałem - Morderstwo? To nie było morderstwo. Tylko mi zależało na jego śmierci, szkoda, że to nie ja posłałem go do Wszystkich Diabłów...
Wpatrywałem się przez pewien czas w kartkę i nagle zauważyłem czerwoną plamę w miejscu, w którym trzymałem ją dłonią. Spojrzałem na ramie, na moją rękę opływającą krwią... Wybiegłem do łazienki, aby zrobić opatrunek. Spojrzałem na skaleczenie, małą szramę, przyłożyłem bandaż i dokładnie go obwiązałem wokół ramienia. Nie minęła minuta a już cały był przesiąknięty posoką. Cholera, co się dzieje? - pomyślałem. Spojrzałem w lustro i przeżyłem szok - krew wypływała z moich oczu, nosa i uszu. Cała moja twarz i tułów przybrały czerwony kolor. Chciałem żeby to był sen, chciałem się już obudzić...
Nie wiedziałem, co mam zrobić. Zdenerwowany wybiegłem z łazienki, dotarłem zaledwie do połowy korytarza i runąłem na podłogę. Nie mogłem złapać oddechu, czułem mocny ucisk w klatce piersiowej, czułem, jak cała energia ulatuje z mego ciała. Chciałem się podnieść, przynajmniej ruszyć, ale nie starczyło mi sił. Mimowolnie spojrzałem tylko na gazetę, którą zgubiłem gdzieś po drodze do łazienki. W mej głowie zadudnił mi znajomy głos Tony’ego: „Dotrzymałem słowa!”
Teraz błąkam się między światem żywych i umarłych. Codziennie spotykam moich bliskich - rodzinę, przyjaciół, osoby, które kochałem i na których mi zależało. Nie wiem, czy „spotykam” to odpowiednie słowo. Widzę ich, obserwuję, jednak nie mogę ich dotknąć, porozmawiać z nimi. Dla nich nie istnieję.
Nie jestem pewien, czy faktycznie trafiłem do Wiecznej Czeluści, Czy Tony rzeczywiście dotrzymał słowa. W moim wyobrażeniu wygląda ona trochę inaczej. Moje wyobrażenie piekła jest o wiele lepsze, niż moja... egzystencja.


Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   57